Dacia Duster, którą wybraliśmy się do jej ojczyzny, miała przed sobą jeszcze spory odcinek drogi po opuszczeniu Konstancy na rumuńskim wybrzeżu Morza Czarnego. Najpierw dwieście kilometrów autostradą do Bukaresztu, a potem… Na tejże autostradzie są bramki, na których należy uiścić opłatę. I to mimo posiadania winietki. Można zapłacić np. SMS-em, a jeśli ktoś woli standardowe metody, to na bramce chętnie przyjmą gotówkę. Niestety może się to miejsce korkować. Opłata za samochód osobowy wynosi 13 lei. Za co się płaci, skoro ma się wykupioną winietkę?

Otóż jest to opłata za przejazd mostami. Parę ich tam jest, ale chodzi chyba o kompleks mostów na Dunaju pomiędzy miastami Vlaşca i Feteşti na zachodzie i Cernavodă na wschodzie. Bramki są zlokalizowane pomiędzy miastami Vlaşca i Feteşti, zaś Cernavodă słynie z jednego z najdłuższych europejskich mostów kolejowych – mierzy on blisko 4.100 metrów. Mosty kolejowe są tam zresztą dwa. Ten drugi, w zasadzie kolejowo-drogowy, jest nieco krótszy – ma 3.850 metrów. Nic więc dziwnego, że Rumuni pobierają opłaty za przejazd takimi imponującymi konstrukcjami. Przy okazji – ów Most Króla Karola I (kolejowy) jest naprawdę piękny!

A jeśli już jesteśmy w tej okolicy, to warto wiedzieć, że w mieście Cernavodă, a w zasadzie w jego pobliżu, znajduje się jedyna w Rumunii elektrownia atomowa. Zaspokaja około 20% zapotrzebowania energetycznego kraju. Na razie działają dwa bloki (reaktory) z pięciu planowanych. Aktualnie trwają prace proceduralne nad przystąpieniem do realizacji dwóch kolejnych bloków. Ich koszt szacuje się na 2,3 miliarda euro. W projekt zaangażowani są Chińczycy.

Stojąc w kolejce do bramki widzieliśmy pociąg wiozący do portu w Konstancy samochody z fabryki w Mioveni. Niejedna Dacia Duster, niejedno Sandero tam jechało. A i Logany się trafiały. Wieziono bodajże 264 samochody. Czy któryś z nich trafi do polskiego klienta?

Autostrada w niedzielny ranek nie była przesadnie zatłoczona, więc do Bukaresztu dotarliśmy dość szybko. Temperatura w rumuńskiej stolicy była wysoka – dobrze powyżej 30ºC – co zwiedzania nie ułatwiało. Mimo to pospacerowaliśmy po Starówce, a w zasadzie po tym, co po niej zostało. Jakieś 20% jej zabudowań zrównano z ziemią, by stworzyć to, co widać na zdjęciu obok – Pałac Parlamentu. To jeden z największych budynków świata. Ma około 1.100 pomieszczeń, a powierzchnia zabudowy (nie mylić z wielokrotnie większą powierzchnią użytkową), to 830.000 m². Do budowy wykorzystano milion metrów sześciennych marmuru, nie wspominając o innych materiałach. Wszystkie materiały pochodzą z terenu Rumunii. W tym blisko milion metrów sześciennych drewna użytych do wykonywania parkietów i drewnianych podłóg.

Moim zdaniem to trochę chory pomysł, bo choć Pałac Parlamentu jest faktycznie imponujący i robi ogromne wrażenie (widziałem go już trzy lata temu), to jednak budowa jego i towarzyszących mu obiektów pociągnęła za sobą wysiedlenie ok. 40.000 ludzi i wyburzenie ok. 7 km² zabudowań, w tym zabytkowych, jak Monaster Văcărești, jeden z największych klasztorów w Europie Południowo-Wschodniej. W jego miejscu miała powstać nowa siedziba Sądu Najwyższego, a potem Pałac Kultury i Sportu. Żadnej z tych inwestycji nie zrealizowano, ale klasztor zniszczono. Nicolae Ceaușescu i jego chore ambicje…

Ale mimo to Bukareszt warto zwiedzić. To miasto liczy sobie nieco więcej mieszkańców, niż Warszawa, jest w nim sporo zieleni, a mimo wyburzeń, o których wspominałem, wciąż ma masę pięknych budynków. Wiele z nich jest w opłakanym stanie, ale restauracja niektórych innych już się odbyła, a innych trwa. Przed renowatorami jeszcze mnóstwo pracy, które wymagają ogromnych funduszy. Warto jednak te piękne budowle ratować!

Nasza testowa Dacia Duster stała sobie grzecznie na parkingu, a my biegaliśmy po dzielnicy Lipscani. Tam niemal każdy budynek ma swoją historię, niemal każdy na swój sposób zachwyca. Będąc w Lipscani nie można nie podejść pod Curtea Veche – Stary Dwór, którego historia sięga czasów Wlada Palownika. Dziś to tylko ruiny, ale koniecznie tam podejdźcie będąc w Bukareszcie. Curtea Veche mieści się przy ulicy Strada Franceză (to deptak).

W tej okolicy jest mnóstwo zabytkowych budynków, kilka muzeów (m.in. Narodowe Muzeum Historii Rumunii, Muzeum Miasta Bukareszt, czy Muzeum Banku Narodowego Rumunii), wiele kościołów, trochę sklepów (w tym sieciówki światowych, bądź europejskich marek), mnóstwo najróżniejszych knajpek, restauracji i klubów. Trochę taki krakowski Kazimierz ;-) Ma swój klimat – podobało nam się tam.

Podjechaliśmy też pod Ateneum Român oraz – nie mogło być inaczej – pod bukareszteński Łuk Triumfalny. Nie jest tak wielki, jak paryski, ale też okazały i zdecydowanie może się podobać.

Jeżdżąc po Bukareszcie musicie się pogodzić z tym, że nie brakuje tam ulic i uliczek jednokierunkowych. Warto się więc zaopatrzyć w dobre mapy do nawigacji, albo przygotować na to, że nie zawsze pojedziecie tak, jak byście tego chcieli ;-) Niemniej jednak do wszystkich atrakcji albo da się dojechać, albo zaparkować gdzieś w ich pobliżu i krótkim spacerkiem do nich dojść. A miasto jest naprawdę piękne, zielone i warte odwiedzenia.

Po kilku godzinach Dacia Duster wywiozła nas – w okolicach wartych odwiedzenia ogrodów Cișmigiu Park oraz ogrodu botanicznego (Grădina Botanică Bucureşti) – autostradą w stronę Pitești. Niedaleko fabryki Dacii w Mioveni autostrada się skończyła (trwają prace nad jej dalszą budową w kierunku Sibiu) i zjechaliśmy w drogę 7C, by dojechać do miasteczka Curtea de Argeș. Tam zaplanowaliśmy nocleg po pokonaniu zaledwie około 400 km. Dlaczego tak szybko? Z trzech powodów co najmniej. Nie wiedzieliśmy, ile czasu spędzimy w Bukareszcie (upał skrócił nasz pobyt), chcieliśmy obejrzeć parę zabytków sakralnych w Curtea de Argeș i wreszcie powód trzeci – chcieliśmy ruszyć na Trasę Transfogaraską w miarę rano, by w pełni cieszyć się tamtejszymi widokami.

Drogę z Pitești do Curtea de Argeș pokonaliśmy dość szybko – to wszak raptem koło 30 km. Wprawdzie jest tam trochę wiosek i innych obszarów zabudowanych, ale taka odległość, to nie problem.

Curtea de Argeș jest miastem liczącym nieco ponad 32,5 tys. mieszkańców. Nie wygląda na tak duże! Okazało się mieć całkiem sporo hoteli, sporo fajnych knajp, ale w kilku z nich – mimo wczesnej jeszcze pory i dużego obłożenia – niektóre dania z karty „wyszły”. W jednej kazano nam czekać na zamówienie nawet dwie godziny (!), jedynie pizza byłaby szybciej. W innej było o wiele lepiej – karta większa, acz też nie wszystko dostępne, jedzenie smaczne, szybko „wjechało” na stół, a ceny rozsądne. A niech tam – zareklamuję ich ;-) Ta restauracja nazywa się Curtea Veche, czyli tak samo, jak te ruiny w Bukareszcie.

W pobliżu znajduje się Biserica Domnească Sfântul Nicolae (cerkiew książęca pod wezwaniem św. Mikołaja), obok której odsłonięto mury inne starej budowli. Jednakże prawdziwym centrum pielgrzymkowym w Curtea de Argeș jest metropolitalna Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej pochodząca z początku XVI wieku. Jest faktycznie piękna. Uznawana jest za jeden z najważniejszych zabytków rumuńskiej architektury XVI wieku. W cerkwi pochowano dwóch rumuńskich królów – wspomnianego wcześniej Karola I (tego od mostu) oraz Ferdynanda I. Spoczywają tu też szczątki żony Karola I, Elisabety, oraz żony Ferdynanda I, Marii Koburg, wnuczki rosyjskiego cara Aleksandra II. Przy okazji – Maria została odznaczona 94 lata temu Orderem Orła Białego.

Wstęp do Cerkwi Zaśnięcia Matki Bożej jest bezpłatny, za możliwość fotografowania wewnątrz świątyni zapłacić trzeba 10 lei. Chcąc robić zdjęcia profesjonalne trzeba zapłacić duuużo więcej – od 500 lei! W sąsiedztwie jest jeszcze kilka innych obiektów sakralnych, m.in. Katedra Archiepiskopalna (cokolwiek to znaczy), a w całym mieście jest ich jeszcze więcej. Zdecydowana większość z nich (o ile nie wszystkie) jest prawosławna, ale może tym bardziej warto je zwiedzić, lub choćby obejrzeć.

Dacia Duster stała na hotelowym parkingu w otoczeniu francuskich aut – na zdjęciu obok widać po obu jej stronach Peugeoty 206. Ale tak naprawdę Grupa PSA nie ma chyba zbyt wielkiego udziału w rumuńskim rynku. Zdecydowanie więcej – czemu zresztą trudno się dziwić – posiada Grupa Renault. I to nie tylko z uwagi na Dacie. Również najprzeróżniejsze Renówki są tu bardzo popularne. Jeździ sporo Renault Symbol (czyli „nasza” Thalia), również w drugiej odsłonie. Ale tak naprawdę marką dominującą jest Dacia. Poliftingowa Dacia Duster, taka, jaką my pojechaliśmy do ojczyzny Drakuli, nie jest niczym dziwnym na rumuńskich drogach. Jeździ ich tam całkiem sporo, często zresztą w wersjach z napędem na cztery koła, a więc i w najbogatszych wersjach.

Dacia Duster, to solidny samochód dostępny za niewielkie pieniądze. Jazda autostradami z Konstancy do Bukaresztu i z Bukaresztu do Pitești, a także poruszanie się po rumuńskiej stolicy podniosły poziom średniego spalania do 6,4 l/100 km. Średniego z całego dystansu, który przekroczył już dwa tysiące kilometrów. Sporo w tym było jazdy po mniejszych, lub większych górach, do tego doszło trochę autostrad i może z 5% na ruch miejski w dużych miastach. Spalanie wciąż całkiem przyzwoite.

A „nasza” Dacia Duster miała największą próbę dopiero przed sobą. Po wyjeździe z Curtea de Argeș miała się wszak zmierzyć z jedną z najpiękniejszych dróg na świecie, legendarną Trasą Transfogaraską. O tym jednak już w następnej relacji.

 

 

Krzysztof Gregorczyk; zdjęcia: Aleksandra Gregorczyk, Dominika Gregorczyk, KG

Galeria

Krzysztof
Pasjonat francuskiej motoryzacji. Autor największej ilości artykułów i wiadomości. Miłośnik szybkiej jazdy po krętych drogach. Regularnie odwiedza targi motoryzacyjne, a jego testy samochodów należą do najdokładniejszych w Sieci. Nieustępliwy tropiciel nieścisłości i braku obiektywizmu w prasie motoryzacyjnej.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
  
smilegrinwinkmrgreenneutraltwistedarrowshockunamusedcooleviloopsrazzrollcryeeklolmadsadexclamationquestionideahmmbegwhewchucklesillyenvyshutmouth
wpDiscuz