Szanghaj – światowa metropolia, według wielu źródeł największe miasto świata. Odwiedziłem je dwa tygodnie temu. Celem była wizyta na Auto Shanghai 2017 – targach motoryzacyjnych ważnych o tyle, że odbywających się w kraju, który od kilku lat jest największym rynkiem motoryzacyjnym na tym ziemskim łez padole. W kraju, w którym francuskie marki, głównie te z koncernu PSA, obecne są od dość dawna. Ale skoro już leciałem do Chin, w tym po raz pierwszy do Szanghaju, więc szkoda byłoby nie zwiedzić miasta, prawda?

Przeszło tysiącletnia historia Szanghaju tak naprawdę wydaje się jeszcze dłuższa. Przewodniki mówią o świątyniach, których pierwsze wersje datowane są na III wiek naszej ery. Miasto miało swoje wzloty i upadki, co nie dziwne przy tak długiej historii. Historii bogatej nie tylko w lata dobrobytu, ale i w liczne wojny, szczególnie krwawe te z Japończykami. Bo do Japonii z Szanghaju wcale nie jest tak daleko. Szanghaj do początku lat 90. XX wieku był jednak miastem typowo chińskim, w którym obcy kapitał inwestować zwyczajnie nie mógł. Wszystko zmieniło się w roku 1992…

Od tego czasu, czyli raptem przez jedno ćwierćwiecze, Szanghaj zmienił się niesamowicie. Zarówno miasto, jak i rząd chiński zachęcają inwestorów do zaangażowania biznesowego w mieście. I to się udaje nadzwyczaj dobrze – w ciągu tego ćwierćwiecza roczny wzrost gospodarczy Szanghaju praktycznie nie spada poniżej 10%. Dziś Szanghaj, to światowa metropolia, chińska stolica biznesowa i miasto znacznie większe, a zwłaszcza znacznie ludniejsze od Pekinu. I – nie bójmy się tego powiedzieć – znacznie nowocześniejsze.

Pekin jest po prostu inny. To stolica kraju, ale taka trochę swojska. Owszem – nie brakuje i tam nowoczesnych wieżowców, imponujących rozwiązań komunikacyjnych, czy drogich samochodów. Ale i takie swojskie Chiny widać tam, moim zdaniem, bardziej. I choć Pekin polubiłem podczas obu moich podróży do chińskiej stolicy, to jednak Szanghaj zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jako miasto wydaje mi się ciekawszy do odwiedzenia, niż Pekin. Acz chińska stolica przyciąga bardziej wschodnim kolorytem z kolei. No i blisko z niego do Wielkiego Muru, a to atrakcja, którą naprawdę warto zobaczyć.

Szanghaj kusi czymś innym. Nowoczesnością, ale i tradycją. Obok wielkich bloków można znaleźć starożytne świątynie. Kusi chińska kuchnia, a nietrudno trafić do restauracyjki, w której sztućców Wam nie podadzą i będziecie musieli sobie radzić pałeczkami. Fani owoców morza będą tam zachwyceni. Acz i w Pekinie rozczarować się nie powinni.

Ale Szanghaj, to także największe na świecie (podobno) metro z szesnastoma liniami. To ponad tysiąc linii autobusowych. To wreszcie Maglev – szybka kolej magnetyczna, pierwsza komercyjna na świecie. I poruszanie się po mieście naprawdę nie nastręcza problemów. Jest łatwe, tanie i jak w Pekinie polecałbym Wam korzystanie z taksówek, tak w Szanghaju zdecydowanie wybierzcie publiczny transport.

Jest to korzystne na przykład z uwagi na fakt, iż do poruszania się wszystkimi środkami komunikacji (w tym także taksówkami!) wystarczy Wam karta przedpłacona Shanghai Public Transportation Card. Działa w metrze, autobusach i trolejbusach, a także – jak wspomniałem – w licencjonowanych taksówkach. Co ciekawe – im więcej jeździcie, tym mniejsze kwoty system pobiera z karty. Wchodząc przez bramkę do metra od razu informuje Was, ile Wam na karcie zostało! W autobusach informuje o koszcie przejazdu. Działa także na liniach mocno oddalonych od miasta. Naprawdę mocno, bo kilkadziesiąt kilometrów. Można z niej korzystać także w Maglevie, na stacjach benzynowych, parkingach, drogach ekspresowych (korzystanie z nich jest płatne), na promach, czy w stacjach obsługi samochodów. Prawdziwie magiczna karta ;-)

No ale OK. Zacznijmy od początku. Przylecieliśmy na międzynarodowe lotnisko Pudong położone teoretycznie nad brzegiem Oceanu Spokojnego. Odprawa poszła gładko, bagaże dotarły razem z nami (choć lecieliśmy przez Frankfurt, a tam, z uwagi na spory ruch, zdarza się podobno niektórym walizkom zaginąć). Wyszliśmy z lotniska (a w zasadzie z Sali przylotów) z założeniem, że idziemy na Maglev. Przecież nie mogliśmy nie skorzystać z takiej atrakcji.

Słowo wyjaśnienia – będę pisał z reguły w liczbie mnogiej, bo poleciał ze mną kumpel, ten, z którym w ubiegłym roku byłem w Pekinie. Tyle, że tym razem musiał zabrać żonę ;-)

Dojście do stacji Maglevu jest dobrze oznaczone, więc dotarliśmy tam bez problemów. W ogóle Szanghaj zachwyca oznakowaniem. Naprawdę trudno się zgubić. Wszystkie istotne wskazówki są wypisane zarówno po chińsku, jak i po angielsku. Wyraźnie i wprost.

Kupiliśmy bilety na Maglev. Kosztują 50 juanów (ok. 30 zł), chyba, że macie bilet lotniczy na bieżący dzień – wówczas zapłacicie 40 juanów (ok. 24 zł). Mowa oczywiście o biletach jednorazowych. Bilety w obie strony są dwukrotnie droższe. Jest też oferta VIP, która również wymaga podwójnej opłaty. My wybraliśmy wariant standardowy, w jedną stronę, bo na lotnisko Pudong już nie zamierzaliśmy wracać. Zapłaciliśmy więc po 40 juanów i po prześwietleniu bagaży (standard również w metrze) stanęliśmy w kolejce do kolejki ;-) Kiedy Maglev przyjechał otworzyły się szklane drzwi, przez które udaliśmy się na ruchome schody. Zwiozły nas na peron. Tam wsiedliśmy do wagonu, ułożyliśmy bagaże w odpowiednim dla nich miejscu, a sami zasiedliśmy w indywidualnych fotelach i czekaliśmy na odjazd.

Maglev teoretycznie podróżuje z prędkością do 431 km/h poza godzinami szczytu. My wylądowaliśmy przed 13:00, trochę zeszło na odprawę i odbiór bagaży, więc załapaliśmy się chyba na godziny szczytu, bo kolejka uzyskała raptem 301 km/h. Ale dobre i to – faktycznie zasuwa nieźle. Porusza się po własnej estakadzie, a podróż do stacji Longyang Road trwa kilka minut. Krótko, ale powiem Wam – warto!

Na Longyang Road przesiedliśmy się w metro linii 10, ale zanim to zrobiliśmy, musieliśmy kupić karty SPTCC. Zapłaciliśmy za nie po 60 juanów (ok. 36 zł). Bilety można kupować w automatach, ale kartę należy nabyć w punkcie obsługi. Język angielski jest dość powszechnie zrozumiały dla Chińczyków zamieszkujących Szanghaj. Muszą oni być jedynie dość młodzi, starsze pokolenie raczej nie operuje innym językiem, aniżeli chiński. Ba – nie wszyscy mówią w mandaryńskim, starsze pokolenie posługuje się dialektem Wu (czasem nazywanym szanghajskim), który jest dla Chińczyków używających mandaryńskiego niezrozumiały. Ale że Szanghaj to naprawdę metropolia, więc i Wu powoli zanika.

Nie mieliśmy generalnie żadnego problemu podczas sześciodniowego pobytu z porozumieniem się po angielsku. Paradoksalnie najwięcej kłopotu było z tym… w hotelu. I to mimo, że w recepcji byli młodzi ludzie. Na szczęście mieli w smartfonie translatora z chińskiego na angielski, więc porozumienie osiągnęliśmy ;-) Odebraliśmy klucze od pokoi, przed remontem jeszcze wprawdzie, ale zamierzaliśmy tam jedynie spać. A łóżka były jak najbardziej w porządku. Obsługa też – codzienne sprzątanie, codziennie nowe butelki z wodą, nowe kosmetyki, nowe kapcie, nowe ręczniki. Jedynie ściany pozostawiały sporo do życzenia, ale w hotelu trwał remont. Pewnie za rok, czy dwa, będzie już w całym obiekcie OK.

Dla mnie podczas rezerwacji hotelu ważne było to, by było do niego blisko z metra, a także by był położony niedaleko od centrum targowego i od lotniska, z którego mieliśmy odlatywać (Hongqiao).

Pierwszego dnia po zalogowaniu się w hotelu i prysznicu (marzyliśmy o tym po długiej podróży) udaliśmy się na Bund. To zachodnie nabrzeże rzeki Huangpu, z którego można obserwować niesamowite wieżowce na drugim brzegu biznesowej dzielnicy Pudong. Bund, to jednocześnie wielki deptak, na którym zawsze jest masa turystów, ale i mieszkańcy Szanghaju tam bywają. Ciągnie się wzdłuż Zhongshan East Road i można tam kupić pamiątki, zrobić zdjęcia na koszulkach, czy coś przekąsić. Na szczęście tych punktów gastronomiczno-usługowo-handlowych jest niewiele. Na Bundzie łatwo spotkać młode pary podczas poślubnych sesji fotograficznych. Zdecydowanie obowiązkowy punkt programu, gdy planuje się odwiedzić Szanghaj.

Co więcej – Bund trzeba zaliczyć zarówno za dnia, jak i po zmroku. W tym drugim przypadku widok na oświetlone budynki, zarówno na Pudongu, jak i przy Zhongshan East Road, robi naprawdę duże wrażenie. Jeśli miasta mają serca, to Szanghaj ma je właśnie w tym miejscu.

Jeśli chcecie dostać się na Bund, to najlepiej wysiąść na stacji metra Nanjing East Road. Dojeżdżają tam linie numer 2 i 10. Pierwsza z nich łączy oba lotniska (a nawet dojeżdża pod centrum wystawowe, gdzie odbywa się Auto Shanghai). Druga łączy lotnisko Hongqiao (lub położoną na południe od niego Hangzhong Road w innym odgałęzieniu) z Xinjiangwancheng na północnym wschodzie miasta. A metro ma tak rozbudowaną sieć, że często przy dobrej logistyce z dowolnego miejsca dostaniecie się w inne z jedną przesiadką. Czasem z dwoma. Schemat poszczególnych linii metra znajdziecie tutaj. Ale bez trudu zdobędziecie go też np. w portach lotniczych w postaci darmowych mapek.

Szanghaj, to również miasto jednośladów. Mają tu system (a może nawet kilka?) roweru miejskiego. Z tego, co zaobserwowaliśmy, trzeba mieć na smartfonie zainstalowaną aplikację, by z tego korzystać, ale to popularny środek transportu. Tych rowerów jest mnóstwo praktycznie w każdej części miasta. Wprawdzie, jak śpiewała Katie Melua, to w Pekinie było dziewięć milionów rowerów, ale sądzę, że i Szanghaj ma ich niemało. Zwłaszcza, że populacja miasta jest prawdopodobnie dwukrotnie większa, niż w Pekinie. Rowery, motorowery, skutery – mnóstwo dwu- i trzykołowych pojazdów, które służą do transportu zarówno ludzi, jak i towarów. Pytanie tylko, czy w tak wielkiej metropolii na pewno chcielibyście się poruszać rowerami. Dodam, że oba lotniska położone na przeciwległych krańcach miasta dzieli mniej więcej 55 km. Szanghaj jest więc miastem sporym. A cały obszar miejski, cała aglomeracja jest jeszcze dużo większa!

Za to z rowerami miejskimi w Szanghaju związana jest pewna ciekawostka. Mają one specyficzne opony. Są z lanej gumy regularnie nawierconej w dwóch rzędach. W efekcie zapewniają one przyzwoitą amortyzację będąc jednocześnie odpornymi na przebicia. Do samochodu coś takiego by się pewnie niespecjalnie nadało, ale w rowerze najwyraźniej spisuje się znakomicie! Chińczycy ewidentnie to zaakceptowali, bo korzystają z tych środków transportu bardzo chętnie. Acz w normalnych, własnych jednośladach, mają standardowe, dętkowe opony.

Na początek to wystarczy. Mam nadzieję, że zaostrzyłem Wam troszkę apetyt na Szanghaj. Postaram się przez kilka następnych dni wrzucać jakieś materiały poświęcone ekonomicznej stolicy Chin. Miasto jest bardzo ciekawe i naprawdę jest tam co zobaczyć. To powyżej, to tylko początek, zajawka, a ja zamierzam napisać jeszcze parę słów, bo Szanghaj zrobił na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Już teraz zapraszam Was do lektury!

 

 

tekst i zdjęcia: Krzysztof Gregorczyk

Galeria

Krzysztof
Pasjonat francuskiej motoryzacji. Autor największej ilości artykułów i wiadomości. Miłośnik szybkiej jazdy po krętych drogach. Regularnie odwiedza targi motoryzacyjne, a jego testy samochodów należą do najdokładniejszych w Sieci. Nieustępliwy tropiciel nieścisłości i braku obiektywizmu w prasie motoryzacyjnej.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
  
smilegrinwinkmrgreenneutraltwistedarrowshockunamusedcooleviloopsrazzrollcryeeklolmadsadexclamationquestionideahmmbegwhewchucklesillyenvyshutmouth
wpDiscuz