Minął tydzień, w czasie którego nowe Renault Zoe było naszym podstawowym samochodem do poruszania się po stolicy. W tym czasie przejechaliśmy ponad 600 kilometrów, poznając praktyczne strony jazdy takim autem. Jest szybkie, ciche, komfortowe i przesiadka do klasycznego pojazdu była obarczona nutką żalu, że to już koniec.

Życie z samochodem elektrycznym, nawet o zasięgu 300 kilometrów, nie jest jeszcze dzisiaj najprostsze. Jeśli macie domek lub miejsce do ładowania w pobliżu mieszkania, to sprawa jest prosta. Po przyjeździe podłączacie auto i w kilkanaście godzin będzie naładowane. Innymi słowy mówiąc ładowanie nocne pozwala na spokojne poruszanie się po mieście bez stresu o zasięg. Znacznie gorzej zaczyna to wyglądać, gdy w miejscu pracy ani w domu nie macie nawet zwykłego gniazdka, które umożliwiłoby ładownie pojazdu elektrycznego.

Ładowarek jest dużo, ale… 

Wtedy poszukiwanie czynnej, sprawnej i szybkiej ładowarki zaczyna być pewnym wyzwaniem logistycznym. W Warszawie takich punktów jest kilkadziesiąt. Wiele z nich jest ciągle bezpłatnych, co pozwala szybko naładować akumulatory bez wydawania pieniędzy. Jeszcze rok czy dwa lata temu tych punktów było stosunkowo mało, dzisiaj ładowarek jest już naprawdę sporo. 

Szybka ładowarka pozwala naładować baterie w 2-3 godziny. To długo, ale musimy pamiętać, że ta technologia stale się rozwija i już w tej chwili zapowiadane są superładowarki, które pozwolą „zatankować” w kilka minut. Taki sprzęt ma być instalowany na drogach szybkiego ruchu i autostradach. Wtedy przerwa w podróży nie będzie zbyt długa. Wracając jednak do miasta, dzisiaj przeważają ładowarki średniej prędkości.

Wady dzisiejszej infrastruktury 

Tak więc w Warszawie nie ma raczej kłopotu ze znalezieniem miejsca do ładowania samochodu poza domem. Ale te ładowarki mają też swoje wady:
  1. Są nierówno rozłożone na terenie miasta. Koncentracja występuje w rejonie centrum, ale już na wschodnim brzegu jest ich jak na lekarstwo. Tu wielka odpowiedzialność władz miasta, by wyrównać w końcu rozwój lewobrzeżnej i prawobrzeżnej Warszawy. Dzisiaj Wisła jest granicą sensownego wyboru miejsc ładowania.
  2. Nie wszystkie są w pełni sprawne. Bezpłatne ładowarki firmy Innogy wiele razy nie potrafiły wejść w tryb szybkiego ładowania, co powodowało, że zamiast 2-3 godzin auto ładowałoby się 15-17.
  3. Płatne ładowarki Greenway są szybkie, ale też drogie – naładowanie 70% pojemności kosztowało ponad 40 złotych (ładowanie jednorazowe, bez zakładania konta), co czyni eksploatację takiego samochodu równie kosztowną co klasycznego.
  4. Wiele osób traktuje miejsca do ładowania samochodu elektrycznego jako darmowe miejsce parkingowe, ignorując znaki. Wtedy ładowarka jest w zasadzie zablokowana, bo nie ma jak z niej skorzystać.
  5. Samochodów elektrycznych zaczyna być na tyle dużo, że znalezienie wolnej bezpłatnej ładowarki zaczyna być problemem – bardzo często wszystkie w danym miejscu były zajęte.
  6. W niektórych galeriach handlowych, gdzie są ładowarki, dojazd do nich nie jest oznaczony. Warto wcześniej wiedzieć, gdzie je można znaleźć.

Są duże plusy 

Po pierwsze i najważniejsze, ochrona powietrza. Dla coraz większej ilości osób jakość powietrza w mieście ma kapitalne znaczenie. Zimą sami przekonujemy się o tym, że w całej Polsce jest z tym bardzo źle. Wbrew popularnej opinii, to nie tylko ogrzewanie, ale właśnie samochody przyczyniają się do powstawania smogu. Aut jest po prostu coraz więcej a miejsca na spaliny nie przybywa. Dodajmy do tego brak wiatru i mix tego co wylatuje z kominów oraz spalin daje zabójczy efekt. Zresztą badania w tym zakresie nie pozostawiają wątpliwości – tlenki azotu to substancja, która zabija. Nieprawdziwa jest też opinia mówiąca o tym, że samochody elektryczne ładowane z elektrowni węglowych trują poprzez zużywanie węgla – elektrownie dysponują dużo lepszymi systemami oczyszczania tego co leci do atmosfery, niż jest w stanie zrobić to pojedynczy samochód. Tak więc głównym argumentem za zakupem jest jednak przyjazność dla środowiska. Co jednak zrobić, gdy portfel mówi nie? O tym za moment. 

Samochód elektryczny może dzisiaj jeździć po bus pasach. To znakomicie ułatwia przejeżdżanie przez zatłoczone miasto. Kierowcy autobusów oraz innych osobówek nie są jeszcze do tego przyzwyczajeni i niekiedy dziwnie reagują na takiego elektryka, ale w czasie naszych jazd zauważyliśmy, że przejazd przez główne arterie, gdzie są bus pasy, skraca się o kilkanaście minut. To duża oszczędność – i jest to spora wartość, o ile ktoś pracuje w biznesie. Można więc powiedzieć, że z uwagi na cenę samochodów elektrycznych, oferta buspasów jest raczej dla firm, niż osób indywidualnych.

Trzecia, kolosalna zaleta auta elektrycznego, to cisza. Ta jazda jest zupełnie inna, relaksuje i odpręża. Nie ma ryku silnika, nie ma wkręcania się sprężarki na obroty, nie ma wielu wrażeń z normalnego samochodu. Ale cisza ma też wymiar zdrowotny – hałas jest coraz większym problem w miastach i źródłem chorób cywilizacyjnych. Samochód elektryczny znakomicie redukuje ilość dźwięków, generowanych do otoczenia. Ale w ocenie wielu osób nadal nie łagodzi to bólu finansowego.

Małe a cieszy – bezpłatny parking. Parkowanie bez płacenia w centrum miasta to spora oszczędność. W skali miesiąca nawet kilkaset złotych. Warto te pieniądze dodać do swojej kalkulacji.

Ekonomia samochodu elektrycznego 

No i teraz przechodzimy do miejsca, w którym warto by sobie odpowiedzieć na pytanie. Czy warto kupić samochód elektryczny. Pod naszym poprzednim artykułem pojawiło się dużo komentarzy, dotyczących ekonomii zakupu takiego samochodu. Wiele z nich zawiera bardzo trafne spostrzeżenia, dotyczące wysokiej ceny. Bo rzeczywiście, samochód elektryczny klasy Renault Zoe, czyli miejskie nieduże auto, to dzisiaj wydatek rzędu 130-150 tysięcy złotych. 

Krótka odpowiedź brzmiałaby – warto. Warto, o ile możecie sobie na taki wydatek pozwolić. Warto, jeśli możecie mieć dwa samochody, jeden do miasta, drugi w dłuższe trasy. Warto, o ile chcecie poruszać się szybciej po mieście. Warto, jeśli macie dostęp do ładowania w domu i w pracy.

Dłuższa odpowiedź – też warto. Być może dzisiaj rozwiązaniem jest zakup samochodu używanego, zamiast 130 tysięcy wydanie kilkudziesięciu tysięcy. Siostrzany dla Renault Nissan oferuje model Nissan Leaf, którego ceny są dzisiaj bardziej przystępne. Oczywiście nie będzie 300 kilometrów zasięgu, ale coś za coś.

Samochód elektryczny nie jest dla wszystkich 

Samochód elektryczny jest dobrym pomysłem, ale nie dla wszystkich. Profil użytkowania powinien być nieco inny, niż typowe samochodu spalinowego. Krótsze trasy, raczej po mieście, być może trójkąt dom-praca-zakupy czy ewentualnie jeszcze przedszkole lub szkoła. Na codzienne dojazdy do pracy, nawet po kilkadziesiąt kilometrów, jak niekiedy robi się w Warszawie, pojazd elektryczny to doskonały pomysł. Na długie wypady za miasto – nie. Jeszcze nie dzisiaj.

Co przyniesie przyszłość

Szybki rozwój motoryzacji opartej na prądzie już się dokonał. My, jako całe społeczeństwo, jeszcze tego nie widzimy, bo te wszystkie nowinki dochodzą z dużym opóźnieniem. Ale mamy już prekursorów aut na prąd. Jeździ ich coraz więcej. Zajęte ładowarki w Warszawie są na to najlepszym dowodem.

Warto też pamiętać, że kiedyś skończy się bezpłatne ładowanie. Że bus pasy też kiedyś zostaną odebrane, bo im więcej aut elektrycznych na nie wjedzie, tym bardziej będą zatłoczone.

Dzisiaj w Polsce nie ma jednak mechanizmów, które promowałyby masowy rozwój  elektromobilności. Jest dużo mówienia, mało konkretów. Wydaje się, że najskuteczniejszym sposobem na zmianę tego stanu rzeczy są inwestycje na poziomie rządowym i samorządowym w popularyzację aut – być może car-sharing na masową skalę, być może rozwój infrastruktury. Na pewno bardzo pomocne byłyby dopłaty czy subsydia – ale to wszystko bardzo obciąża i tak już mocno zadłużony budżet. A przecież rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy – ma tylko, które nam zabierze w podatkach. 

Jest pewna cena, którą musimy zapłacić za czyste powietrze. Ale nie stanie się to tak długo, dopóki nie mamy – jako społeczeństwo – możliwości poniesienia tego kosztu. A dzisiaj wydaje się, że nas zwyczajnie na to nie stać.

Oddajemy Renault ZOE niechętnie, bo jazda samochodem elektrycznym potrafi dać wiele radości i trzymamy kciuki za powodzenie tego segmentu w motoryzacji.

Tekst, zdjęcia: redakcja francuskie.pl

Jeśli na powyższej liście nie ma Twojego wydarzenia zajrzyj tutaj

Galeria

Newsletter

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena samochodu

7
Dodaj komentarz

avatar
1024
 
4 Wątki komentarzy
3 Odpowiedzi na wątki
0 Obserwujący
 
Komentarz z największą ilością reakcji
Najciekawszy wątek komentarza
5 Autorzy komentarzy
PytajnikDamianoLimŁukaszWwaMarcin Autorzy ostatnich komentarzy
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin
Gość
Marcin

Co do cen to niedawno na pewnym portalu z pojazdami poleasingowymi były do kupienia roczne Leafy z przebiegami 10-30tys km za ok 65-70 tys złotych, w sumie kilkanaście sztuk po krakowskiej wypożyczalni, już wszystkie się rozeszły. Jak widać da się kupić takie auto dość niedrogo bo cena niewiele wyższa od typowego kompakta. Zoe niestety wyjściowo dość drogie jak na swój rozmiar ale to chyba najładniejszy elektryk, Leaf większy brzydszy i trochę droższy, Kia Niro która ma niedługo debiutować ma z kolei zasięg na największej baterii 500-600km.. Mam w garażu jeden samochód 3 litrowy którego właściwości jezdne i dźwiękowe bardzo cenię… Czytaj więcej »

ŁukaszWwa
Gość
ŁukaszWwa

Podaż elektryków używanych da się na razie wytrzeć gumką myszką. Na Otomoto (było nie było największy portal w kraju) jest to mniej niż promil – na 227 000 wystawionych używanych samochodów, elektryków jest… 220 sztuk. Z tego połowa to Tesle albo Leafy. Nie ma z czego wybierać, ponadto do samochódów „powypożyczalniowych” nie mam przekonania.

Lim
Gość
Lim

Powiedz mi, może się mylę, w takim elektryku raczej zużycie baterii liczy się najbardziej a na to „wypożyczalnia” niema większego wpływu prawda? Co więcej ci przeszkadza w taki aucie? Tu niema smarowania docierania katowania na niskich biegach. Może jednak jest to ciekawa propozycja 🤔

ŁukaszWwa
Gość
ŁukaszWwa

Pewnie masz sporo racji. Chociaż to nie dotyczy tylko silnika/baterii ale też zawieszenia, wnętrza itp – użytkownicy krótkoterminowi często mają pokusę sprawdzenia jak wiele da się z samochodu wycisnąć.
A i dyskusja lekko bezprzedmiotowa, bo na wspomnianym portalu jest 6 szt używanych ZOE. Chyba już łatwiej wybrać coś spośród 750 różnych Clio IV:)

Pytajnik
Gość
Pytajnik

Dlaczego nic nie piszecie o bezsensownym leasingu baterii w Zoe, który sprawia, że koszt użytkowania jest wyższy niż auta spalinowego?

Marcin
Gość
Marcin

Ale baterii nie musisz leasingować. Baterię możesz albo kupić na własność albo wynająć, koszt zakupu auta przy wynajmie baterii jest niższy o koszt baterii czyli zamiast 130tys płacisz 100tys, sumarycznie jak chcesz sprzedać w ciągu pierwszych kilku lat to taniej wyjdzie zakup bez baterii i jej leasing. Lub w drugą stronę, planujesz bardzo dużo jeździć – w przypadku spadku zasięgu możesz leasingowaną baterię wymienić na nową i po 10-15 latach jeżdżenia zawsze mieć idealny akumulator, odpadają też ryzyka jakiegoś uszkodzenia baterii po gwarancji samochodu. Jak kupisz z baterią to leasing z zakupem zrówna się po ok 5-7 latach w zależności… Czytaj więcej »

Damiano
Gość
Damiano

Moze te chińskie modele beda tańsze? Zawsze to cos przynajmniej na poczatek… Pytanie tylko ile to pojeździ… Mamy w firmie elektryki i sam przekonalem sie do koncepcji po kilku trasówkach i zjazdach na ładowanie na stacje greenway’a gdzie wszyscy straszyli ze stanie ci na drodze i co zrobisz… Stacji jest juz wiecej i da sie spokojnie jeździć po Polsce. A druga rzecz to wlasne ta bezawaryjnosc elektrykow. Te nasze firmowe ani razu nie byly w serwisie od 2 lat i w utrzymaniu sa tanie wiec po jakims tam czasie koszty zanczna sie zwracac.